DALEJ   BLIŻEJ
08 01  4

Kończy się smarkaty bunt. Już nie stroimy srogich min a alkohol zamieniamy na mniej przytłaczające używki. Dorastamy, to jest ten ból. Przestajemy marzyć, a zaczynamy wątpić. Nie wierzymy, że jutro będzie przebojowe. Ono będzie wtórne. Młodzieńcze zmartwienia oddamy naszym dzieciom, do których posiadania zapewne już bliżej, niż dalej. Staliśmy się, dzień po dniu - aż nagle - z dnia na dzień, konformistami opornymi na działanie. Dwadzieścia kilka lat stanie się niebawem naszym fatum.



 

15 12  1

Siadam, by cokolwiek napisać. Przyszło mi na myśl, że kiedy zacznę używać długopisu i kartek (oraz ostatecznie klawiatury) będę w stanie zbratać się ze swoim ja. Podamy sobie ręce i w sielankowym klimacie będziemy prowadzić wewnętrzny dialog. To fajnie podobnież pisać i lekkim piórem (no, długopisem) wylewać swoje myślenie na papier. Spróbuję raz jeszcze.


Tak szczerze mówiąc, to nie leży w mojej intencji, by zapiski te brzmiały jak obskurny pamiętniczek czternastolatki. Ale, jeśli taki będzie ich wydźwięk, to trudno. Śmiało nazywaj mnie głupią smarkulą.


To jest jeden z tych zafekaliowanych dni, w których to swoją bezproduktywnością biję na głowę pół polski. Naprawdę to tego nie lubię, ale lenistwo wzięło górę. Bo (usprawiedliwianie się) tak między bogiem (którymkolwiek) a prawdą mówiąc, to mało co tchnie mnie do działania. W dzień jak co dzień (na nieszczęście – jak i ten) zaczytam się w felietony tego a tego dekadenta, przyprawię to smutnymi piosenkami i ciach – jestem załatwiony. Z mocą meteoru i wszystkich Power Ranwers ciska we mnie przerysowany z kulkidsów nastrój. Ten typowy „chuj”. Chuj ze wszystkim (prawie), chuj z chujstwem, że tak brzydko się wyrażę. Wiem – mogę poczytać sobie o regeneracji równowagi duchowej, posłuchać wesołych piosenek o miłostkach, ale. Krzyk wygrywa. W jeden z tych dni (nie „tych”) z takiej wewnętrznej potrzeby zachłostam się śmiech-przeegzaltowanymi opisami na gadu, poprowadzę zdawkowe dywagacje o przysłowiowej dupie Maryny – czy to na forum, czy pod czyimiś wypocinami. Niby jakoś jedzie ten dzień, ale, jak się później okazuje – jedzie po jednym sflaczałym i ciągnącym się w nieskończoność penisie.


I jedno mnie zastanawia. Czy, wplatając w wątek „Dzień świra”, to byłbym w nim aktorem, czy autorem scenariusza? Takie jest tu życie bez Ciebie.




 

09 10  6







 

21 09  2







 

30 08  3





Moje kochanie i poranne cykanie. ;P